18 lipca 2018
Imieniny obchodzą:
Kamil, Robert, Szymon

      Wojna w Jarocinie...  
 

admin | 22 Sep 2011

Wrzesień 1939
3 września władze Jarocina zarządziły częściową ewakuację ludności na wschód. Zarządzenie to dotyczyło pracowników urzędów, sądu, kolejarzy, pocztowców i policjantów i ich rodzin. Tato był kolejarzem, więc my również wyjechaliśmy. Na stacji podstawiony został pociąg składający się z kilkunastu wagonów osobowych i kilku towarowych na bagaże. Po załadowaniu pociąg ruszył w kierunku Wrześni. Kiedy tam dojechaliśmy nagle nadleciały samoloty niemieckie, które zaczęły bombardować dworzec kolejowy i pobliską cukrownię. Działa przeciwlotnicze na dworcu ostrzeliwały samoloty, które po pewnym czasie odleciały. Jednak w trakcie nalotu zginęło kilkunastu ludzi i kilku zostało rannych. Kolejny postój był w Strzałkowie. Tutaj ojciec oznajmił nam że kobiety i dzieci nie mają czego na wojnie szukać i nas z pociągu wysadził wraz z rodzinami Węgrzynowskich i Langnerów. Zorganizował wóz i pojechaliśmy do Uni, gdzie mieszkał mój dziadek Andrzej Kozielski. Pracował w tamtejszym majątku jako włodarz. Pozostałe rodziny znalazły schronienie u młynarza. Wieś Unia należała do hrabiego Chrzanowskiego. Dziadek zajmował się w majątku hodowlą krów, świń, owiec oraz koni. Tato pozostawiwszy nas u dziadka pojechał pociągiem ewakuacyjnym dalej na wschód, bo taki był rozkaz. U dziadka udało nam się uruchomić bardzo prymitywny „kryształkowy” aparat radiowy. Dzięki niemu usłyszeliśmy orędzie prezydenta Mościckiego. Była to ostatnia audycja radiowa, potem nastała cisza w eterze.
Mieszkając z dziadkiem nerwowo oczekiwaliśmy tego, co będzie dalej, nie było żadnej władzy ani polskiej, ani niemieckiej. Pozostałe rodziny zadomowiły się u młynarza, któremu bardzo przydała się ich pomoc w pracach domowych. W tym czasie niemieckie samoloty nadal bombardowały wrzesiński dworzec i cukrownię. W Uni pojawił się patrol niemiecki, a następnie wjechały oddziały artylerii. Konie ciągnęły działa. Wojsko rozlokowało się w majątku, około 40 żołnierzy w stodołach i stajniach, oficerowie w pałacu. Ponieważ praca w majątku nie została z tego powodu przerwana dziadek codziennie przynosił do domu nowe informacje dotyczące zwycięstw niemieckich. Większość pracowników majątku uczyła się w szkole w języku niemieckim. Oficerowie nie mogli się nadziwić, jak, w takiej zapadłej wsi, może być tak dużo osób biegle mówiących w języku niemieckim. Część żołnierzy mówiła po polsku, myślę że to były osoby pochodzące ze Śląska. W połowie września wyszło obwieszczenie, że uciekinierzy tacy jak my, mogą wracać do swoich miejscowości i władze wojskowe nie będą im tego utrudniać. Pani Węgrzynowska dogadała się z jednym z gospodarzy, mieszkającym w pobliskich Goniczkach, że za zapłatą odwiezie nasze bagaże wozem do Jarocina. Dzień przed wyjazdem zabrał on wszystkie trzy rodziny do siebie byśmy mogli ruszyć z samego rana. W tej miejscowości mieszkali prawie sami Niemcy. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy zobaczyliśmy, że prawie na każdym domu wisiała flaga ze swastyką, którą widzieliśmy pierwszy raz. Z przerażeniem czytaliśmy rozwieszone na płotach rozporządzenia w językach polskim i niemieckim, na których były wypisane nazwiska Polaków skazanych na karę śmierci, informujące, że wyrok został już wykonany... Godzina policyjna obowiązywała od 20:00 do 06:00. Wprowadzono również zakaz zgromadzeń, wieców, słuchania radia, posiadania samochodów i motocykli.
Ten wieczór był bardzo ciepły więc siedzieliśmy w sadzie i rozmawialiśmy, było już po 20:00. Nagle kilku żołnierzy weszło na podwórze i poprowadziło nas do komendy. W pokoju było dwóch oficerów i kilku żołnierzy. Najodważniejsza była pani Węgrzynowska i to ona rozmawiała z oficerami opowiadając im o każdym z nas. Oficerowie byli zdziwieni, że umiemy mówić po niemiecku. Powiedziano nam, że wojna się niedługo skończy i możemy spokojnie iść do domu. Dodali że rano przyjdzie żołnierz i sprawdzi czy jesteśmy na miejscu. Faktycznie rano się pojawił, by policzyć czy wszyscy jesteśmy i pozwolił nam ruszyć do Jarocina, gdzie dotarliśmy bez problemów.

Przetrwać wojnę
Po wkroczeniu wojsk niemieckich do Jarocina w całym mieście pojawiły się plakaty z zarządzeniami odnośnie zatrudnienia. Każdy Polak powyżej 14. roku życia musiał być zarejestrowany w Arbeitsamtsie. Mój ojciec posiadający bogate doświadczenie życiowe postanowił zarejestrować całą rodzinę. Kierował się przeświadczeniem, że każdy, kto nie podejmie pracy, będzie traktowany gorzej. Miałem wtedy 15 lat i zostałem zatrudniony w dawnym zakładzie ślusarskim Jana Rutkowskiego jako uczeń. Nowy właściciel był Niemcem pochodzącym z Rumuni i nie był zbyt obeznany ze ślusarstwem. Moja siostra Zosia została pomocą kuchenną w restauracji na dworcu kolejowym. Maria natomiast sprzedawała w sklepie tekstylnym J. Krempenfort, mieszczącym się przy obecnej ulicy Śródmiejskiej 23. Sprzedawano tam dodatki krawieckie, bieliznę, odzież damską i męską. Zatrudnione były tam cztery ekspedientki oraz krawcowa zajmująca się poprawkami zakupionej odzieży. Dzięki temu, że mieliśmy pracę nie wywieziono nas na przymusowe roboty do Niemiec.
Okupanci wprowadzili kartki na żywność, tytoń, ubrania, naftę a nawet opony rowerowe. Otrzymywaliśmy dużo mniejsze racje żywieniowe niż Niemcy i od samego początku okupacji musieliśmy „kombinować”. Działało to głównie na zasadzie handlu wymiennego. Maria organizowała kartki na odzież. Początkowo miała spore opory, dopiero po rozmowie z ojcem zgodziła się przynosić je od czasu do czasu. Otrzymane kartki zawoziłem do Siedlemina dawałem je panu Jakubowskiemu mieszkającemu na Pieńkach. W zamian otrzymywałem masło, mąkę, jaja, czasami ryby złowione w pobliskiej rzece. Pani Jakubowska jechała z tymi kartkami do Jarocina i kupowała za nie odzież. Mój ojciec również często jeździł do Siedlemina. Pracując na kolei zaopatrywał się w tytoń u kolejarzy przyjeżdżających do Jarocina z Generalnej Guberni. Często wymieniał go na żywność u pana Jakubowskiego. Po pewnym czasie razem uruchomili małą bimbrownię.
Ja pomagałem rodzinie reperując garnki. W tym okresie zakup nowych garnków był praktycznie niemożliwy. Zlecenia na naprawy zbierała mama, w zamian za naprawę otrzymywaliśmy jedzenie. Pewnego popołudnia do zakładu ślusarskiego przyszedł gestapowiec i powiedział majstrowi by naprawił mu pistolet. Majster przyjął zlecenie, ale było widać że jest wystraszony, zapytał mnie, czy to da się naprawić. Odparłem że tak. Niemiec zaznaczył że pistolet ma być naprawiony do 14:00. Przed odejściem wyjął z magazynku naboje. W międzyczasie naprawiłem pistolet. Zrobiłem to tak, że nie było widać miejsca naprawy, wyglądał jak nowy. Kiedy gestapowiec stwierdził, że wszystko działa, zapytał o należność. Powiedziałem że należy się 40 marek. Niemiec zapłacił majstrowi a mi zostawił paczkę papierosów. Po jego wyjściu szef powiedział mi, że za drogo skasowałem. Usprawiedliwiłem się tym, że w innych warsztatach odmawiają naprawy broni. Polak naprawił Niemcowi pistolet, dziwne były to czasy...
Kiedy zakończyłem tu naukę zawodu przeniesiono mnie do zakładu zbrojeniowego w Środzie Wlkp. Produkowaliśmy skrzynki amunicyjne, zapalniki do granatów, oraz pociski artyleryjskie kaliber 75mm. Było mi bardzo trudno przystosować się do nowego miejsca pracy. Olbrzymi hałas, zamknięte pomieszczenia, brak wentylacji oraz często stosowane wtenczas zaciemnienia. Po fabryce często krzątali się wojskowi z Wehrmachtu jak i Gestapo, byli to fachowcy kontrolujący naszą pracę.
Tato jako maszynista często woził transporty wojskowe, głównie do Szczecina, Choszczna , Piły a także Kluczborka, Oleśnicy i Wrocławia. Pewnego razu przejechał sarnę. Zatrzymał pociąg, wziął martwe zwierze i zaniósł je do wagonu, gdzie siedział Niemiec. Początkowo był zdziwiony, jednak oprawił razem z ojcem zwierzę ze skóry swoją połowę mięsa schował do torby, a drugą oddał ojcu. Tato podzielił się swoją częścią z palaczem panem Tarłą. Resztki zwierzęcia zostały spalone w kotle parowozu. Ojciec służył podczas I wojny światowej w cesarskiej armii. Świetnie znał język niemiecki. Często na postojach rozmawiał z niemieckimi żołnierzami, którzy dziwili się że ich wrogiem jest Polak, który niedawno walczył ramię w ramię z Niemcami. Z takich transportów tata często przywoził suchy prowiant, który ratował nas nie jeden raz przed głodem.
Zosia pracowała wraz z czterema kucharkami w kuchni restauracji na dworcu. Mieszkały one na poddaszu budynku dworca. Szefową była Niemka. Z racji przejeżdżających nieustannie przez Jarocin transportów wojskowych ruch w restauracji nie ustawał. Stołujący się tam żołnierze nie korzystali z kartek, personel miał wyżywienie na miejscu. Na święta siostra dostawała również butelkę czerwonego wina dla ojca. Jednego roku w czasie świąt Bożego Narodzenia Niemcy zorganizowali w restauracji dużą wigilię. Przywieziono mnóstwo ryb. Dziewczyny patroszyły ryby, a odpadki wynosiły do śmietnika mieszczącego się w podwórzu zaplecza dworca. Siostra ukryła w odpadkach dużego karpia i wyniosła do śmietnika. Po skończonej pracy wróciła do śmietnika i zabrała rybę do domu. Tego rodzaju postępowanie było karane przez władze niemieckie śmiercią. W domu ryba została przyrządzona według najlepszych przepisów z ziemniakami i kiszoną kapustą. Była to jedyna taka wigilia w czasie okupacji.
Mój kolega lotnik...
Józef Nitzke urodził się w Jarocinie 13 lutego 1917 r. Wraz z rodzicami mieszkał na ul. Podchorążych 14, na piętrze naszego domu, gdzie jego rodzice wynajmowali od mojego taty mieszkanie. Józef miał dwóch braci i jedną siostrę. Jego tata pracował jako konduktor pociągów towarowych. Józef po ukończeniu szkoły powszechnej, jako chłopiec wybitnie uzdolniony plastycznie, rozpoczął naukę u artysty malarza Dąbrowskiego. Pracownia artysty znajdowała się na ul. Śródmiejskiej, niedaleko jarocińskiego rynku. Przygotowywał stroje i scenografię do jasełek. Naukę tę ukończył zdaniem egzaminu czeladniczego. Samoloty były jego pasją od kiedy tylko pamiętam. Miał mnóstwo modeli i rysunków samolotów, latać - to było jego marzenie. Kiedy tylko dowiedział się, że na poznańskiej Ławicy można było odbyć kursy i ćwiczenia związane z pilotażem samolotów od razu się na nie zapisał. Wybuch wojny zastał go zmobilizowanego w bazie lotniczej w Łęczycy. Właśnie tam stacjonowała eskadra myśliwców typu Karaś, a Józef pełnił funkcję strzelca pokładowego w jednym z samolotów. Zadaniem lotników z Łęczycy była ochrona powietrzna walk w rejonie Bzury armii Poznań dowodzonej przez gen. Kutrzebę przed hitlerowską nawałą pancerną. Mimo, że siły powietrzne Polaków były skromne kilkakrotnie udało się lotnikom wspomóc walczące wojsko lądowe. 5 września 1939 podczas walki powietrznej w rejonie Łęczycy z dużą ilością samolotów niemieckich Messerschmitt ich samolot został zestrzelony i cała załoga zginęła. Pochowani zostali na miejscu tragedii we wsi Parzęczew. Władze po wojnie nie interesowały się tym miejscem i było ono zaniedbane przez prawie 40 lat. Dopiero w roku 1978 władze gminy w ramach ogólnopolskiego porządkowania grobów wojennych przeprowadziły ekshumację zwłok poległych pilotów. Ciała zostały ponownie pochowane na poznańskiej cytadeli z honorami wojskowymi. Józef zginął w obronie ojczyzny mając 22 lata. Niestety nie zachowały się żadne jego rysunki czy obrazy.

…i zapomniany bohater
Stanisław Wyremblewski urodził się w 1915 r w Jarocinie. Mieszkał na ulicy Wrocławskiej. Pochodził z licznej rodziny miał trzech braci i cztery siostry. Po ukończeniu szkoły powszechnej rozpoczął naukę w seminarium nauczycielskim w Lesznie. Po jego ukończeniu otrzymał posadę nauczyciela na Polesiu, gdzie w dość prymitywnych warunkach pracował do 1939 r. W tamtych czasach to, że był nauczycielem było ogromnym powodem do dumy dla jego rodziny. Od 1939 pracował w Zakładzie Wychowawczym w Cerkwicy. Był człowiekiem bardzo miłym i skromnym. Nie wywyższał się ponad innych dlatego, że miał cenioną posadę nauczyciela. Niestety, wybuch wojny przekreślił jego karierę w szkolnictwie. Zatrudniono go w Strassenbauamt w Jarocinie jako robotnika zajmującego się budową i konserwacją dróg. W tamtych czasach drogi wymagały stałych prac typu posypywanie piaskiem, naprawa dziur, czyszczenie rowów itd. W tym czasie Wyremblewski wraz z innymi nauczycielami wydawali tajną gazetkę, którą parokrotnie czytałem. Gazetka „Dla Ciebie Polsko” podawała prawdziwe informacje wojenne wyłowione z nasłuchów, a nie te podawane przez okupantów. Dodawała ona nam sił i odwagi. Pod koniec wojny Niemcy wpadli na trop tej działalności i 6 marca w 1944 roku aresztowano około 30 osób, w tym nauczycieli Wyremblewskiego, Rose i Kowalskiego. Najpierw przetrzymywano ich w Forcie VII w Poznaniu, a następnie w Strafflager Żabikowo, skąd codziennie przewożono ich do pracy w zakładach Cegielskiego w Poznaniu. W trakcie przesłuchania Niemcy doszli do wniosku, że najbardziej obciążoną osobą jest geodeta Szymczak mieszkający w Ciświcy, groziło mu aresztowanie. Staszek chcąc ratować kolegę napisał gryps na gazecie niemieckiej między wierszami. Staszek często chodził z moją siostrą na spacery zanim został aresztowany, byliśmy sąsiadami. Lubiąc ją i mając do niej zaufanie zaadresował list właśnie do Marii. List ten w trakcie jazdy do pracy wyrzucił na ul. Górna Wilda, przed domem swojej siostry Marii Biskupskiej, która podniosła to i wysłała do Jarocina. Kiedy dostaliśmy list była najpierw konsternacja i zdziwienie. Ojciec i siostra postanowili, że trzeba ostrzec Szymczaka. Siostra zebrał w sobie całą odwagę i poszła do Ciświcy przekazać wiadomość o zagrożeniu. Początkowo Szymczakom wydawała się ona podejrzana, ale po pewnym czasie zrozumieli, jakie niebezpieczeństwo wisi nad ich synem. Tego samego wieczoru wyjechał z domu. Gestapo kilkakrotnie przyjeżdżało do Szymczaków, lecz po pewnym czasie te wizyty ustały, a uciekinier szczęśliwie przeżył wojnę.
Jednak życie w więzieniu toczyło się dalej. Alfons Kowalski miał tak zdarte buty, że chodził prawie boso. Postanowiono napisać do rodziców Alfonsa by przysłali synowi mocne robocze buty. Staszek ponownie podjął się tego zadania. Dodam, że każdorazowo, gdy więźniowie jechali do pracy, byli rewidowani. Tym razem zdarzyła się tragedia, bo znaleziono u Staszka list. Współwięźniowie pojechali do pracy martwiąc się o kolegę. Gdy wrócili, ujrzeli straszny widok. Kolega był wrzucony do zbiornika przeciwpożarowego i pływał w nim resztkami sił. Nie mogli mu pomóc. Z okien baraków patrzyli, jak skrajnie wyczerpany utonął. Rano jego ciało było już usunięte i nie wiadomo, gdzie go wywieziono. Po kilku dniach do jego mamy przyszło urzędowe pismo z więzienia, że jej syn zmarł na udar serca w wieku 29 lat. Z niemiecką pedanterią przesłano także jego rzeczy osobiste: koc, zegarek, pióro, grzebyk, portfel oraz kilka marek niemieckich. Informacje te uzyskałem od jego rodzeństwa Romana i Kazimiery, a także jednego ze współwięźniów...

Wysłuchała Ewa Hejduk





Autor:
E-mail: (nieobowiązkowy)
Uśmieszki: smile wink wassat tongue laughing sad angry crying 

| Wyczyść pamięć


 Startuj z Życiem!
 Dodaj do ulubionych!
POGODA : JAROCIN
NOWY NUMER

SZYBKI KONTAKT

NAJNOWSZA GALERIA
Jarocin Festiwal 2010 - 30lecie

OGŁOSZENIA DROBNE
 Sprzedam
 Nieruchomości
 Auto-moto
 Praca
 Rolnicze
 Usługi
 Różne
 Towarzyskie
 Informator medyczny

LOKALIZACJA
HISTORIA


AKTUALNOŚCI


JAROCIN FESTIWAL


WIEŚCI Z GMIN


SPORT


KABARET


© 2008 by zyciejarocina.pl do góry